Gwiazda z dawnego domu

Błękitne niebiosa, o, chmury w bieli! Jak daleko podążać będziecie? A nad górami, poza doliną, za morzem? Nierówności w rozgwieżdżonym niebie są snem świata. Tymi słowami otwiera się przed nami duch, jedno z widm UTAU, o którego autorze nie wiemy zupełnie nic. Przywodzące na myśl subtelniejszy wstęp „Ashita no Joe”, otwiera przed nami prawdziwe, gwieździste niebo, które zmierza gdzieś hen, daleko. Gdzieś, nie wiemy sami gdzie. Dziś już nie wiemy, kto wydał na świat ten twór, ale to nieistotne. Delikatność utworu połączona z uroczystym wydźwiękiem, atmosfera lat sześćdziesiątych w Japonii, dramatyczny zaśpiew czyni go dziełem autentycznie apolińskim. To wciąż nie jest piosenka do skoków, tu głowy wznoszą się w górę, by porozmawiać z niebem. Niezwykle mistyczna, intymna i miażdżąca swoją siłą bez naiwnych chwytów. Estetyka przeszłych wydarzeń, melancholijne refleksje, metafora przemijania ludzkich dusz – gwiazd, anielskie chóry, nawoływania, konwersacja z materią pozornie martwą – sny, sny, świat jest snem, oniryzm. Dzieło nienaruszalne i eteryczne, maleńkie w rozgłosie, w sile płomieniste. Zimne i jednocześnie ciepłe woła do nas w końcu o dawnym domu – czymś, co już nie dotyczy podmiotu lirycznego. Bijąca z brzmienia samotność, cisza, czysta enigma. Słuchając czuć wzniosłość i coś niezwykle oficjalnego, przy tym zakłócanego przez coś, co zalega nam w sercu. To tęsknota.

Perfekcyjnie okrągłe, słoneczne światło wybudza oko ze snu. Błękitne niebiosa, o, chmury w bieli! Słoneczne światło, które dociera do każdego oka, ale nie każde zostaje rozbudzone ze snu nieświadomości. Podróżujemy w świecie snów, bo wielu rzeczy sami nie jesteśmy świadomi. Część ludzi obudzi się, inna część pozostanie w osobnym wymiarze. To wszystko zmierzy do stanu, kiedy my staniemy się gwiazdami na nocnym niebie, by oświetlać drogę włóczykijom. Kiedyś one zgasną, potem pojawią się nowe, później znów – zgasną. Nieznana jest nazwa miasta, gdzie gwiazdy śpią – krąg życia bowiem toczy się nieustannie i każda dusza znikająca z ziemi, wnosi się nad chmurami w bieli, by znaleźć miejsce gdzieś indziej. To Słońce może być nie tylko symbolem rozbudzenia ludzkości z nieświadomości w tym, co dzieje się na świecie, ale też symbolem rozbudzenia ludzi z niepotrzebnego bania się śmierci. Słońce, świecące bezustannie jest nieskończonością, a każdy z ludzi dobrych może się tą nieskończonością stać wraz z toczącym się kołem gwiazd. Koniec jednocześnie nas dotyczy, a jednocześnie nie, lecz nieznana jest nazwa miasta, gdzie gwiazdy śpią. Błękitne niebiosa, o, chmury w bieli! Jak daleko podążać będziecie? A nad górami, poza doliną, za morzem? Pytamy przez długie lata, nie oczekując prostej odpowiedzi. Pojawia się ona bowiem dopiero w chwili, gdy na pozór jesteśmy glebą użyźniającą konwalie.

Utwór kończy się, a my wciąż pytamy. W nieskończoność.

ngadeg

kreatura wodewilowa

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google+