Na przestrzeni dziejów – rozstaj przepływów i obwiedni od deski do deski

 „Świat wyszedł z orbit – i mnież to los srogi karze prostować jego błędne drogi?”

William Shakespeare, Hamlet

tłum. Jarosław Iwaszkiewicz, Warszawa 1954.

Wiele kwestii to tylko pozory. Tutaj, w tej społeczności, jedziemy w pociągu nowoczesności – liczy się to, co jest „tu i teraz” i „wkrótce”, a ta podróż nie ma końca. Pożądane i tym samym nieistniejące, a więc widmowe jutro nachalnie przysłania nam pierwotną wersję materii, której życie staje się oksymoronem, bowiem równocześnie umiera i egzystuje dalej. W pogoni za doskonałością jutra giną uczucia i namiętności, a odsłania się brud białego światła. Idąc tropem myśli powszechnych, biel jest symbolem tego, co nieskazitelne, niewinne i seraficzne. Tymczasem okazuje się, że białe światło wcale nie jest jednoznacznie pozytywnym elementem – jego barwa jest neutralna, a działanie nie zawsze zdrowe dla naszych oczu. W konsekwencji podążania za metafizycznym słońcem czeka nas nie tylko oświecenie, nadzieja i kontynuacja samodoskonalenia się, ale też terror, zagłada, niepokój i zagubienie. Ten sam niepokój odnajdziemy w brnięciu w strefę świata przeszłego, wraz z momentem odsłonięcia ciemnej kotary ludzkich lęków. Jednak, to złudnie unikane „wczoraj”, przez jednych uważane za gorsze i zakłamane, a przez drugich za fascynujący temat (moda vintage i retro), jest gościem-duchem, nawiedzającym nas w każdej myśli, sekundzie i czynności. Ten duch świata dawnego jest rdzeniem omnia circum, które pochłania nieustanny proces przetwarzania tego, co już zaistniało. Rzeczywistość jest niezwykle niepokojąca i dzika, bo z dwóch stron atakują nas goście-duchy – intruzi o nieznanych intencjach. Dobijają się do drzwi naszego mózgu i sami nie wiemy, którego z nich powinniśmy wpuścić do swojego domu. Wszystko jest spowite zarówno grozą, jak i dobrem i w ostateczności nie wiemy, gdzie powinniśmy się kierować.

Ta kwestia dotyczy także sui generis zjawiska, które przyszło na świat w roku 2008, w dobie fascynacji syntezatorem śpiewu Vocaloid. Mowa tu o komputerowym dziecku Ameya/AyameUTAU, które kiełkuje już od kilku lat i może pochwalić się społecznością niewiele większą od tej, zainteresowanej starszym bratem Vocaloidem. Takich fenomenów muzycznych nie bierze się do końca na poważnie, bo są przesiąknięte „niepoważnym popem”, niepokojem związanym z przejęciem roli wokalistów przez komputery, a tańczące hologramy nie wyglądają zbyt poważnie, plus sama istota syntezatorów śpiewu nie jest do końca jasna. Wynika to między innymi z faktu, iż nie ma jednej, konkretnej definicji, która pozwoliłaby całkowicie zrozumieć kwintesencję komputerowej syntezy śpiewu. W celu uzasadnienia, pragnę przytoczyć Vocaloid (ボーカロイド Bōkaroido) jest syntezatorem śpiewu. (…) Program udostępnia użytkownikom funkcję syntezy śpiewu poprzez wpisanie tekstu i ustalenie melodii. Korzysta z technologii syntezy śpiewu przez specjalnie nagrane frazy aktorów głosowych i wokalistów. Aby utworzyć piosenkę, użytkownik musi wprowadzić tekst i melodię. (źródło: angielska Wikipedia), a także UTAU to darmowy syntezator śpiewu, w którym każdy może stworzyć UTAUloida na bazie swojego lub cudzego głosu (za pozwoleniem tej osoby). Jest przeznaczone tylko na komputery z systemem Windows, lecz istnieje wersja Mac Os X – UTAU-Synth, która cechuje się lepszym Resamplerem do generowania śpiewu, jednak ta wersja programu jest płatna. (źródło: polska UTAU Wiki). Taki opis nie przybliży nam dokładnie tego, z czym stajemy oko w oko, przez co w nagłówkach gazet i programów telewizyjnych nie zobaczymy Vocaloid/UTAU – syntezator śpiewu, a dla niektórych już niesmaczne i wywołujące politowanie Vocaloid i UTAU – śpiewające hologramy/japońskie postacie. Wobec tego zdefiniujmy oba przypadki – Vocaloid i UTAU, mające swoje korzenie u IBM 7094 w ten sposób:

Vocaloid jest funkcjonującym od 2004 roku syntezatorem śpiewu, a to znaczy – aplikacją, która dzięki przetransportowaniu pojedynczych fraz ludzkiego głosu do programu, potrafi śpiewać. Odbywa się to w wyniku sylabizowania wybranego tekstu piosenki i na podstawie liczby dźwięków utworzenia linii melodycznej, którą można dowolnie modyfikować. Prezentuje się to tak, że po nagraniu wymaganych dźwięków w kolejności alfabetycznej i wyeksportowaniu każdej głoski do osobnego pliku, program umożliwia nam sporządzenie takich ustawień do każdego z tych dźwięków, że końcowo będzie reagował wedle naszego uznania w kwestii płynności. Tekst kaeru no uta ga, kikoe te kuru yo zostanie więc zamieniony w ka e ru no u ta ga ki ko e te ku ru yo, a dzięki temu powstanie czternaście nut, które możemy dowolnie skracać, wydłużać, zgłaszać, wzbogacać o vibrato i manipulować przejściem między określonymi tonami. To samo tyczy się UTAU z tym wyjątkiem, że nie jest ono tak jak Vocaloid płatne i umożliwia przeciętnemu użytkownikowi utworzenie własnej postaci, czym w świecie Vocaloid mogą zajmować się tylko powołane do tego celu korporacje.

Przytoczony został już IBM 7094 przedstawiający się jako korzeń dziejów UTAU/Vocaloidowskich. Tu dobrze jest wspomnieć Daisy Bell, oprócz tego kartridż Black Box dla komputerów Commodore 64, który wzbogacony był poza tym, że o syntezę mowy, to również śpiewu i przede wszystkim urządzenie Euphonia, które jako pierwsze zaistniało jako „śpiewająca maszyna”. Dalsze dzieje luksusowego (choć nie tak bardzo) brata Vocaloida nie zostaną tu omówione, a zajmiemy się konkretnie tylko tematem UTAU, które na podstawie obserwacji nie nazywam tylko syntezatorem śpiewu, ale także cmentarzem żywych-nieżywych istot. UTAU to cmentarz, tudzież smętarz (sematary), bo daje możliwość każdemu zostawienia części swojej duszy i głosu, w tworzonych samodzielnie postaciach. Niezależnie więc od tego, czy żyjesz czy nie, wszyscy mogą wskrzesić ciebie, twoją rodzinę lub przyjaciół, jeśli tylko ich głos został przetransportowany wcześniej do programu i udostępniony publicznie.

Ponowoczesność – słowo-kwintesencja UTAU i derridiańska dekonstrukcja – zjawisko fandomu – społeczności, to dwa specyficzne światy, które są od siebie odległe o całe lata świetlne, a tym samym ściśle do siebie przylegają przez wzgląd na istnienie UTAU jako rdzenia jego środowiska. Chcąc nie chcąc, rdzeń szybko poddaje się realiom bezlitosnego progresu, który niezaspokojony zaczyna prowadzić do zbędnych przeszkód, a ostatecznie do zagłady pod szyldem „wspólnoty”. W dobie progresu nie jestem jednak w stanie nie poddać obecnych zjawisk w środowisku sporym wątpliwościom, związanych bezpośrednio z „maską realizmu” oraz z nieistnieniem oczekiwanej nowoczesności, która w końcu staje się widmem. UTAU dotknęła promocja snu przyszłości jak wszystkiego, co się porusza, ale zaznała tego znacznie później, niż cała Ziemia – ta „doba futurologii” znana jest bardziej z lat 80. ubiegłego wieku, aniżeli z lat 2014-2016, które są symbolem powrotu do zaszłych estetyk. Smak futurologii spod ironicznych znaków idealizacja ponad możliwościami jest priorytetem, nowatorskie, futurystyczne, jak z przyszłości! paradoksalnie jest czymś przeszłym i niechcianym, ale nie jesteśmy tu po to, by zgryźliwie stwierdzić, że „Fandom jest do tyłu” . Bezapelacyjnie nasza przyszłość nie jest nią wcale, nie ma miejsca, nie jest taka jaka chcielibyśmy, żeby była i z zepsutych owoców nie wyciśniemy życiodajnego soku, co prowadzi nas do gorzkich rozczarowań. Światek darmowego japońskiego syntezatora śpiewu pomimo tego, że wysłał na pewną śmierć okres 2008-2010, jest nim nieustannie nawiedzany. Czynią to ludzie ograniczeni w środkach w identyczny sposób, w jaki przeciętny twórca udzielał się w poprzednim etapie rozwoju UTAU i ci, którzy mimowolnie nie potrafią się oderwać od pewnych projektów, które zaprzeczają całemu ich postrzeganiu tego, czym może być „dobre UTAU”. Świetnym przykładem tego zjawiska może być adoracja Utane Uty – freudowskiej id innych postaci, inaczej UTAUloidów ze strony licznej gromady osób, która choć dąży do niepotrzebnych rezultatów – tu VCV, które w mojej subiektywnej opinii nie sprawdziło się w żaden sposób dobrze, a Defoko zaczęła przez to przypominać diament z plastiku, i tak nie może wyrwać się z uścisku powracających zdarzeń z minionych lat, które jak gdyby nigdy nic wychodzą spod naszego łóżka i szepczą nam do ucha. Jesteśmy w swoim egzystowaniu skazani na bycie odwiedzanymi – nawiedzanymi, nie istnieje coś takiego, jak „nasza prywatność”. Ona już posiada ślad poprzedniego życia, które w tym momencie zarówno istnieje, jak i umarło. Można powiedzieć, że UTAU jest naznaczone widmontologią. Obrazy śpiewających komputerów są niemalże jak często wspominane przeze mnie utwory niemieckich ojców elektroniki Kraftwerk, którzy w swoich utworach wręcz wprost przekazują, że wraz z usilnym progresem czekają na nas nie tylko luksusowe wartości materialne, ale też pustka i zamroczenie. Taka wizja czasem prześladuje mnie, gdy śledzę obecny stan fenomenu UTAU – otwiera się przede mną obraz niepokojącego, wewnętrznego monologu komputerowej postaci, która jako istota powołana do życia-nieżycia z wyobraźni ludzkiej sama zaczyna się zastanawiać, czy wszystko, co dzieje się dookoła niego jest aby na pewno słuszne. W końcu nie stoimy na pieniężnej przestrzeni, która mówi nam sprzedaj swoją cząstkę ja, UTAU w studio! a sam silnik w tej chwili nie pozwoli nam na możliwości dorównujące ludzkim. W pewnym momencie kult ideału zaczął wyglądać tak, jakby chciało się ze starego, brudnego do cna, zużytego kawałka materiału zrobić krystaliczną suknię. Ta desperacka chęć absolutnego wypolerowania przerodziła się w obsesję, a dziś nieważne zaczyna być to, by zostawić po sobie w nawiedzonym świecie UTAU kawałek swojego ego, ale to, ile wynosi cena za nasz sprzęt. Prawda jest mało przyjemna, ale jest taka, że jakikolwiek inny silnik nie umożliwi temu programowi w najbliższej przyszłości zabrzmieć na poziomie dorównującym realnemu śpiewowi ze względu na to, że zawsze pozostawia on nam wydźwięk monotonnego zgrzytu robota, ostrość cyfrowych realiów, nienaturalną wybuchowość, płytkość brzmienia jakiegokolwiek krzyku, surrealizm zawarty w głosie każdego digitalnego wokalisty. Środowisko się śpieszy, więc próbuje zasłonić brud startego materiału, ale na próżno, bo i tak nie potrafi dostatecznie przysłonić wrodzonych niedoskonałości, które same budują fenomen UTAU. Jest jeszcze za wcześnie lub, co gorsza – zdecydowanie za późno. Jeśli jednak aplikacja każe tej części naszego „ja” przez swą nazwę śpiewać (歌う), to nieważne będzie to, czy potrafimy to zrobić tak, aby było to równe anielskim śpiewom chóralnym – niemal woła: rób wszystko najlepiej, jak potrafisz, na własne możliwości.

Przenieśmy się do 2008 roku – Ameya daje Ziemi UTAU, które zaczyna niepewnie raczkować. Wraz z nim świat ujrzała Utane UtaDefoko, jej rodzeństwo – Defosuke i Koe Utane oraz tajemniczy Rorion Com (LOLI.COM). Ta czwórka rozpoczyna długą historię dziejów tworzenia, a samo UTAU od pierwszej chwili jest już nawiedzone. Nachodzi na nie bowiem wpływ Vocaloida, luksusowego starszego brata, który też zresztą jest nawiedzony przez swoich poprzedników, których spotkał ten sam los. Powoli prawie każde UTAU, które ukazuje się w tym uniwersum, przywołuje znajome treści, związane bezpośrednio ze swoim płatnym odpowiednikiem. Autorzy chcą dorównać potężnym korporacjom na miano AH-Software i Crypton Future Media, stylizują swoje wytwory na jak gdyby wyjęte z oprogramowania Vocaloid (grupa VIPPER i fenomen Kasane Teto). Wkrótce orientują się w tym, że nic na razie nie będą w stanie zrobić z nieidealnością UTAU i lekko cichną, czekają. Prawdziwie niszowy na ten czas syntezator, o którym nikt jeszcze nie wie, że stanie się drugim najpopularniejszym po Vocaloidowskim fenomenie przypomina po jakimś czasie swoim środowiskiem rodzinę złożoną z nieznajomych sobie osób. W kwestii swej widmowości UTAU już na pierwszy rzut oka jest biletem do nowoczesności, która tak naprawdę została poroniona, co stawia nas w dziwnej konsternacji, gdyż wygląda jak nowoczesny wynalazek spod znaku The Robots i jednocześnie jest namiętny i kruchy jak Computer Love. W tej drugiej kwestii odzywa się spod sterty wierszy polecenia Kenka Wakare autorstwa nwp8861, które jest w mojej opinii jednym z najlepszych przykładów wrażliwości przez niewrażliwość w złudnie beznamiętnym monde des ordinateurs. Odejścia są przerażająco trudne, a wkrótce i to wszystko, co ukazuje ci się przed oczyma zniknie i będzie powracać nieustannie, zupełnie jak dusza zmarłego powracająca do rodzinnego domostwa. Jeśli ktoś wybiera maszyny do uczestniczenia w swojej muzyce – nie może robić tego bez jakiegokolwiek powodu, kiedy to właśnie z ust dzieci i maszyn, w sferze UTAU dzieci-maszyn tworzą one najbardziej złowieszczy obraz niezrozumienia wobec braku czułości dla wartości niewidocznych na pierwszy rzut oka.

Spójrz zanim wpędzisz to

życie do wrót śmierci

Nie chcesz znowu płakać, przecież chcesz tylko śpiewać

Myślę, że kocham

Myślę, że kocham

Możesz wyrzucić przeszłość, ale ona i tak wróci

nwp8861 – „Song of Eared Robot“, 2008

Nwp8861 z Kasane Teto – fałszywą diwą na czele zwiastuje nam fatalistyczną przyszłość i konsekwencje nieprzemyślanych decyzji w naszym postępowaniu. Jest tu więc przytaczany nie bez powodu – jego utwory przypominające swymi morałami starsze, krótkometrażowe filmy edukacyjne PIF (Public Information Films) wprowadzają nas w obawę przed nadchodzącym jutrem, które tak naprawdę może być naszym końcem. Jakiż to jest paradoks, gdy wracają do tego dzieła użytkownicy programu z optymistycznym nastawieniem i tkwią w zupełnej nieświadomości tego, o czym woła do nich autor? Kto wie, czy życie to nie śmierć, A śmierć, czy nie jest życiem? Społeczność wkrótce poczyna wybrzmiewać wielogłosem występującym w Gorgiaszu Platona, powoli dając się pożreć obojętności i niewiedzy. Zapadamy w śpiączkę, kiedy jesteśmy żywi. Paradoksalnie wiemy, co się dzieje wokół nas, ale nie potrafimy wyciągnąć rąk dostatecznie, by dostać się do korzenia, który głosi nam katastrofalną wręcz prawdę. Porównać to można do fanatycznej awangardy w sztuce, gdy grupa artystów na siłę chce stać się jak najbardziej unikatowa, ale zapomina, że ten unikat nie będzie miał racji bytu i tak stanie się dziełem przetworzenia, nie automatycznego odtworzenia, ale przetworzenia. Po stworzeniu pozornie unikalnego tworu będzie szczytować psychiką to, że uknuł coś do tego stopnia oryginalnego, a i tak nie będzie to do końca niepowtarzalne. Oryginalność przestała istnieć, tyczy się to także zjawiska fandomu, który od 2 lat łapczywie przeszukuje swój umysł by znaleźć coś korzystnego i dokonuje pięciuset poprawek jednego projektu, byleby był tylko bardziej popularny i maniakalnie nowatorski.

Żyjąc w lęku przed cudzą, nieprzychylną opinią i w przymuszeniu do tworzenia czegoś absolutnie upojnego dla rzekomych „ekspertów“ ginie postać, która jest „częścią nas”, a dzieje się to samo, czego temat podjął Janusz Nasfeter w filmie Abel, twój brat. Główny bohaterKarol Matulak desperacko chce wyjść poza ramę bycia wrażliwym, przykładnym uczniem i zdobyć przyjaciół, więc przestaje być sobą – podporządkowuje się łobuzerskiej grupie swoich klasowych kolegów i daje wpędzić siebie w największą zgubę, byleby nie być samotnym w swojej dziecięcej egzystencji. Reżyser filmu, wybitny twórca podejmujący temat dziecięcej psychiki ukazuje przed nami brutalny i groźny świat wśród istot zupełnie niepozornych, z kredą na rękawach. W pogoni za byciu jak najlepszym i szanowanym zapominamy o tym, co sprawia nam prawdziwą radość, bo wiemy, że nie spodobamy się tym, którzy stają się dla nas przykładem (Jerzy Zagrajek, matka pracuje w sklepie, a on wynosi stamtąd cukierki, pierniki i rozdaje tym silnym (…), a także sytuacja Karola). Czasem przeradzamy się w adaptację własnych autorytetów, funkcjonując jak Antoni Bącała: cichutki, miły – taki był dawniej, a teraz… sami się przekonacie. Prawdziwość jest na wymarciu, kiedy dajemy się omamić i przestajemy myśleć nie swoim, ale cudzym intelektem i już nie tworzymy nawet przemiany, ale dosłownie pożeramy drugą osobę tylko przez wzgląd na to, żeby nie zostać w cieniu. To wszystko przestaje być zdrowe, a ja od dłuższego czasu podchodzę sceptycznie do kwestii, czy aby na pewno wszyscy wiedzą, czy są sobą, czy „autorytetem”. Z upływem lat, w sferze UTAU zaczynamy błądzić. Błądzimy po tym skomplikowanym wszechświecie, jedni z nas stają się Antonim Bącałą, inni Karolem Matulakiem. Nie wiemy, co tak naprawdę przez nas przemawia, bo w jednej chwili wypływa nam z ust dziwna substancja, głosząca postacie powinny być maksymalnie dopracowane, nagrywane za ciężkie pieniądze, mają być tylko ludzkiej rasy, żadnej swobody, wszystko ma być tylko realistyczne, a za godzinę wypływa kolejna, a ta z kolei przemawia nie ma problemu, bo w UTAU chodzi o radość z tworzenia. Nie postępuje tak każdy, ale temu dokucza już znak überall, tworzy się bałagan, absurd absurdu, który prowadzi do wrót obsesji, paranoi, wreszcie – zagłady. To, co jest białe i według przekazów jest najzdrowsze i najbardziej wskazane, okazuje się być czymś zupełnie innym. Jedno z niemieckich przysłów głosi, że to, co jest niepozorne i drobne często jest w rzeczywistości przesiąknięte brudem i złem. Dzieje się tak w fandomie, bo w wyniku obecnej, przedawnionej fascynacji futuryzmem zapomina się, że nie każdy ruch jest w pełni bezpieczny. Nie oznacza to też, że całe środowisko spod absurdalnego symbolu nowoczesności – śpiewokrzyku jest pozbawione ogłady a ich ambicje mierzą się ze stratą. Nieprawdopodobne jednak stają się ich założenia, taktyki i powierzchowne oceny, kiedy piękno uzależnione jest od kosztów i profesjonalizmu, a nie od włożonego serca i pracy. Koniec historii nastaje teraz, ale wciąż można wołać pod jego oknem Jeszcze nie przychodź, teraz nie, jak dzieje się w fandomie. Problem pojawia się, kiedy nie można go już zatrzymać, a ta próba „przytrzymywania mostu innowacyjnego”, choć nie wywołuje zgryźliwego uśmiechu, to łączy się przynajmniej z lekkim zdziwieniem, konsternacją i niezrozumieniem, bo nie wiadomo, jak długo taki stan może się utrzymać.

Niezwykle istotnymi dla mnie kompozytorami mniej lub bardziej minionej ery są poza nwp8861 inaphon, knee, enui, paru bliżej niezidentyfikowanych twórców, ale także mia子, która ulegając przyszłości tym samym przedstawiła zupełnie innego ducha UTAU. W jej pracach dominuje niezwykła sympatia do subtelności, zewsząd docierają do nas syntezatory à la Yesterday was dramatic, Today is OK czy też Finally we are no one zespołu múm, wszechobecna roślinność, pozornie dziecinne historie, niezwykle delikatna gra na iluzyjnie nieczułych głosach. Nieświadomie wypromowała w dzisiejszym fandomie styl lat 2008-2010, bo sama nie może oderwać się od tej stylistyki, która swoje brzmienie odziedzicza po syntezatorach wyjętych z library music, ale w nieco odmienionej formie. Istnieje w UTAU od roku 2009, a przez to jest owinięta kokonem ograniczonych w możliwościach zaśpiewów robotów niepewnych tego, co się dzieje na ich oczach. W swojej działalności korzystała wielokrotnie z dobrobytu VCV, które złudnie realistyczne wcale nie przedstawia tego, czego oczekujemy. Zgrzyta i szumi jak taśma magnetofonowa, jest surowe w brzmieniu, a przez to ekscentryczne. Jej kompozycje przypominają rozlewające się zapętlenia Williama Basinskiego, tworząc przy tym nowy, jak gdyby nieosiągalny wymiar.

Podobnie działa inaphon, która tworami brzmiącymi jak zapadanie w sen w deszczu, pokazuje, jak daleko UTAU może dotrzeć, ale gdzie kończą się możliwości. Wykorzystując swoje umiejętności w UTAU przedstawia dynamikę niekoniecznie poprzez hałaśliwą ekspresję, ale dynamikę w nie-dynamice, spokoju skrywającym lęki w swoim wnętrzu i piękno w prostocie. Takie piękno ukazane jest między innymi w Sai no ekaki – gdzie tytułowe wykonanie kolorowego rysunku mogłoby być jednoznaczne z odmienieniem bolesnej prawdy wiszącej nam nad głowami, co kończy się niepowodzeniem. Próby ocalenia świata nagle przemieniają się w omamy hipnagogiczne – w końcowym kadrze widać wspólne zdjęcie Teto, Momo i Uty, z czego Uta jest pozbawiona twarzy – została zamazana, wyparta ze świata. Jest duchem, nieobecnym i obecnym, umarłą i nieumarłą postacią, która pomimo licznych prób nie podołała swojemu zadaniu a w konsekwencji jej osoba skończyła tragicznie, czyli przestała być tym, kim była kiedyś by w końcu zapaść w śpiączkę, z której nikt jej nie może obudzić; to tragiczny los oprawiony w ramkę dziecinnej animacji.

Na równi pozostaje anonimowy twórca, który w wielu swoich pracach skorzystał z niedoskonałych gaworzeń rodzeństwa Kasumiga (Loops i Leeds), przypominających sobą mocno przebarwione lustrzane odbicia Kagamine (Len i Rin). Choć niemal niedostrzegalny, bo ukazał mi się całkowitym przypadkiem, okazał się być niezwykłym artystą, który dziś już jest duchem i tak naprawdę nie wiemy, kim mógł być. Zniknięcie jego konta w serwisie nicovideo okazało się być kapitalnym zjawiskiem, które w połączeniu z jego startymi do bólu, podsyconymi melancholią, strachem przed jutrzejszym dniem i groteską przypomina teraz przeglądanie pamiętnika nieznanego nam właściciela, którego nie wiemy jaki spotkał los. Itadakimasu! – Smacznego! Obrazy halloweenowych kreatur z głowami z dyń, wyjadanych oczu, wewnętrznego potwora prowadzącego nas do zagłady – To może być dobre! Czasem przeplata się to z motylami i kwiatami, tą czystością stopniowo zaburzaną przez fanaberie, choroby, morderstwa i manipulację.

Ciągle istniejemy w wirze zagubienia. Płoniemy w temperaturze ujemnej, gdy zimna obojętność doprowadza nas do stapiania się naszego myślenia, chcemy krzyczeć, ale nie mamy na to grama sił i poddajemy się wszystkiemu. Człowiek chce się starać i doskonalić, bo sam progres jest nieodłączną częścią istnienia, lecz gdy te starania przechodzą w manię szkodliwą dla społeczeństwa, wymuszają taki sam postęp na innych i doprowadzają do szaleństwa – zaczyna nam towarzyszyć nieustający szum w głowie, który narasta do momentu, kiedy nie słyszymy już nic. W istocie UTAU nie powinno być mierzone miarami popularności, maski realizmu i kosztowności. Wydane środki nie decydują o wartości treści takiej, jak UTAU, które w sztuce jest niesamowicie specyficznym fenomenem zarówno pod względem zjawiska fandomu o sile rozprzestrzeniania się pszczoły afrobrazylijskiej, jak i widmontologii zawartej szczególnie w zostawianiu po sobie fragmentu siebie, który sprawia, że nawet po śmierci dalej ktoś może nawiedzić siebie samego i innych czyimś głosem. Ta jakość sprzętu, odpowiednia do wydanych środków, potrafi być niezwykle istotna w medium, ale nie jest kwestią publiczną – wybór jest indywidualny, niezależnie od wiadomej konstatacji, że „im lepsza jakość, tym lepszy efekt”.

Ten przypadek obecny jest też w bardzo kruchej zjawie UTAU, która stawia przed nami blokadę przed rzucaniem mięsem o jakość nagrań i realność. Mowa tu o Tori-chan – głosie odtworzonym przez Koyiego Matsuo z trzech nagrań, na których śpiewała jego żona. Odeszła 25 czerwca 2013 roku, ale dzięki rejestracjom dźwiękowym może dalej śpiewać i przez muzykę być bliżej męża. Nie sposób jest powiedzieć cokolwiek o Tori-chan, co nie zabrzmiałoby nieodpowiednio w całej sytuacji, ale pewne jest, że powstanie Tori to niezwykle szlachetny gest i ukazanie tego, jak świadome może być wykorzystanie syntezatora, maszyny, tudzież programu przesyconego digitalnością i to, że momentami potrafi wyrazić emocje bardziej ekspresyjnie niż naturalny głos czy instrument. Pokazuje to, jak archiwizacja, ratowanie zmarłej części swojego istnienia, potrafi być niezwykła i tym sposobem, poza oczywistym byciem bardzo kruchej, nawet nietykalnej postaci, Tori-chan to przykład powracającej przeszłości, żywy umarły.

I can’t live if living is without you. Well, I can’t forget this evening, or your face as you were leaving. But I guess that’s just the way the story goes. You always smile, but in your eyes your sorrow shows. Yes, it shows.

Przeszukując zakątki nicovideo kiedyś wpędził mnie do swojego świata Enui. To muzyczne porwanie, które prowadzi do baśni ze średniowieczną otoczką w gąszczu syntezatorów. Swoją twórczością przypomina mia子 i inaphon, z tą różnicą, że motywy muzyczne zawarte w jego piosenkach przywodzą na myśl nie roślinne dzieci i deszczowe umieranie, ale starsze japońskie animacje, przypominając tutaj Sailor Moon, Ashita no Joe czy Grobowiec świetlików. Muzyka pachnąca rumiankiem, przywracająca to, czego iluzyjnie przy nas nie ma, metafora odejścia – dotyk Księżyca, Teto już nie ma. Nie ma, ale wróci, lecz nie ta sama, co kiedyś.

Oprócz tego, w zapomnienie nie mogą pójść tacy twórcy jak imarimushi, isikawa46, kjiro, inktrans, HAL, rainyday i wielu innych, mających duży wpływ na charakterystyczne brzmienie „pierwszej epoki” w UTAU.







Zamykając, należałoby wspomnieć, że na podstawie Enui, inaphon czy mia子 można wynieść, że problem nie leżał nigdy w udoskonaleniu takim jak VCV, a w manii, do której dopuszczono przez nieuwagę i nieuzasadnioną fascynację nadmierną ekspresją, manii archiwizacji, która z archiwizacji przerodziła się w przerabianie. Utwór nigdy nie jest „dobry” w naszym uznaniu tylko przez pryzmat tego, ile wynosi constant velocity, inaczej jest to oceniane przez powierzchnię i jest to znak, że już dawno zgubiliśmy się na drodze i tylko błądzimy dalej. Nasza oczekiwana „nowość” nie nadchodzi tak, jakbyśmy chcieli, żeby nadchodziła, bo już na początku stała się obsoletą, a przez to to, co jest wyidealizowane pod wpływem przymusu staje się niewiarygodne i zakrzywione. Przybiera różne postacie, a każda z nich jest coraz to bardziej pokraczna i poruszająca się niepłynnymi, niekontrolowanymi ruchami. Staje się chorobą, bo wymyka się spod kontroli i w pewnej chwili nie mamy pojęcia, gdzie się przebudziliśmy, dlatego próbujemy to bezskutecznie zatuszować i podążać dalej za światłem, które wcale nie ma zamiaru przynieść nam czegoś interesującego. Przez to świat wypadł z orbit, wywrócił się do góry nogami, stanął kością w gardle, zwichnął się w stawie i nie chce się nastawić i być może pora temu ulec tak, jak zrobiła to reszta ludzkości stykając się z oficjalnym końcem historii, budując fenomen wokół tego, co minęło, ale nie minęło.

ngadeg

kreatura wodewilowa

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google+