O egzotyce, strach mówić

W okolicach grudnia 2008 Polska usłyszała o fenomenie Vocaloida po raz pierwszy, za sprawą polskiego tłumaczenia sentymentalnego Triple baka autorstwa KaraSubs Official, które w późniejszym czasie zaowocowało gwałtownym rozwojem na tamten czas małej społeczności. Wpisy na blogach, trafiające na portale różnej maści gry przeglądarkowe, przykuwające nagłówkami „Ubierz Hatsune Miku!”, publikowane na Tekstowo utwory Vocaloidowskie, Tapeta dziewczyna w długich niebieskich włosach Vocaloid Anime i posty na forach miały w końcu zadatki na określenie „mała plaga” i to właśnie ta „mała plaga” wyrastających jak grzyby po deszczu wyznań i dyskusji w dziedzinie japońskiego syntezatora, przyczyniła się do powstawania artykułów i krótkich relacji w telewizji publicznej, ledwo muskających kwestię produktu w kilkunastu zdaniach, stawiając go w świetle wszystkiego, co składa się na termin „egzotyka”. Tyle, że problem egzotyki zagranicznych zjawisk, choć w Polsce i na świecie przejawiał się znacznie wcześniej, wraz z upadkiem socjalizmu bowiem, w szybkim tempie stał się piętnem japońskiego fenomenu i przybrał większej wagi, niż nietypowe reakcje na występ tuwańskiej formacji Huun-Huur-Tu, koreańskich boysbandów czy najnowszych trendów z USA. Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że gdyby nie gargantuiczna fascynacja Zachodem w latach minionych, w Polsce, w obecnych czasach sytuacja bardziej lub mniej nietypowych wynalazków byłaby prostsza i rzadziej prowadziłaby do dezinformacji i rodzących się konfliktów i uprzedzeń, jednak i ten wniosek należy postawić pod znakiem zapytania. Wraz z jaśniejącą gwiazdą kapitalizmu Polska znajdowała szczęście, postęp i styl w nadchodzących nowościach Sanyo i Panasonica, japońskich bajkach i filmach zbliżonych formą do Superpotwora (1980), średnio lub nawet tragicznie zrealizowanych „tworów filmowych” niskiej klasy, przypływie zagranicznych produktów, w aurze kwitnącego biznesu, wróżbie od Pani z baru mlecznego przepowiadającej zostanie milionerem w ciągu kilku lat. To euforyczny sen podobny do amerykańskiej miłości w latach 60. do domów jednorodzinnych, choć to nie jest okaz egzotyki, a jedynie pożądanie lepszych warunków, utworzenia własnego, lepszego skrawka świata. Kapitalistyczny rozkwit rzucił przy tym nowe światło na Polskę, dając jej wyjść z postkomunistycznego chaosu i mrocznej przeszłości, zastraszającej dzieci czarną wołgą, a dorosłych legendami o zwłokach w paczce i  ciążącą na barkach kontrolą własnych słów i czynów. Jednak i ta nadzieja została przekształcona w karykaturalny sposób.

W którymś momencie granica między „ciekawe to, egzotyczne” zaczęła niezdrowo zacierać się z „to będzie hit, powiem o czymś nieprawdopodobnym”, rozwijając jedną z najgorszych tendencji dziennikarskich o nazwie „nie mając pojęcia o istocie ani genezie fenomenu, pragnę przykuć uwagę widza”. Tym samym narodziła się druga tendencja – tym razem strony reagującej na pojawiające się nagłówki Hologramowa Lady Gaga!, polegająca na zachłannym publikowaniu treści o intonacji niewiele mniej dramatycznej niż w Królu Edypie Sofoklesa. Problem w tym, że pojawił się efekt odwrotny do zamierzonego i tak, jak „śpiewające hologramy” widniały, tak widnieją dalej. Zamiar poinformowania autora publikacji o błędzie ostatecznie kończy się zbywaniem zastrzeżeń i dalszym trwaniu w publicystycznej utopii. Dlaczego?

Już przy okazji Na przestrzeni dziejów – rozstaj przepływów i obwiedni od deski do deski przewinął się wniosek, iż na niechlujne podejście do tematu Vocaloida i UTAU kluczowy wpływ ma niejasność i nieczytelność definicji fenomenu, która w wielu przypadkach nie opiera się na opisaniu głównego przeznaczenia narzędzia, ale na fuzji „toto” z „pars pro toto”. Gubiony jest istotny fakt, że animowana aparycja produktów Vocaloidowskich nie przekłada się na ich oficjalne bycie anime ani hologramem, ale na formę skutecznej, przyciągającej reklamy; maszynki do robienia biznesu. Między innymi z tego powodu IVONA nie przyciągnęła takiej rzeszy użytkowników, bo choć posłużymy się tu przykładem syntezatora mowy, zasada promocji mogłaby być taka sama i tak samo wpłynęłaby na zasięg projektu. Nieco starszym przykładem tej formy reklamowania produktów jest już zakurzony slogan: Piękna dziewczyna doda każdej reklamie uroku!, którym przecież tak przejęto się w Polsce w post-letrasetowej epoce grafiki, wraz z rozpowszechnieniem się programu Corel Draw i do dziś w znikomych ilościach można znaleźć konserwy z etykietami w formie kolażu, przyozdobione wizerunkiem zachęcającej klienta do zakupu  pięknej kobiety. To w ten sposób Hatsune Miku wprost nawiedza społeczeństwo, nieznośnie wychylając się zza drzwi – przyozdobiona w atrakcyjny papierek, cukierkowy symbol kapitalistycznego sukcesu w turkusowych kucykach. Robi to tak skutecznie, że w pewnej chwili zaczyna drażnić i irytować, wywołując falę żółci i frustracji pod szyldem „Vocaloidy to nie TYLKO Miku!” i słusznie, ale też nie. Patrząc z obiektywnego punktu widzenia, równie dobrze głównym „kąskiem” Vocaloida mógłby być Leon, Lola lub nawet Miriam, jednak tu prawdopodobieństwo na sukces zyskiwała dwójka produktów jeszcze bliższych konwencji atrakcyjnej w sztuce reklamy w Japonii – Kaito i Meiko. Już wtedy zaczęło się okazywać, że klient jednak bardziej skłonny jest zakupić jedzenie nie tylko smaczne, ale też estetyczne i udowodniła to przegrana Sweet Ann w konfrontacji z później wydaną Hatsune Miku, Ann bowiem pomimo dużego potencjału odstrasza po dziś dzień część odbiorców Vocaloida swoim niepokojąco realistycznym uśmiechem. To właśnie Miku stała się do wypromowania być najprostsza – jej aparycja, paleta barw oraz wbijający się w głowę piskliwy głos były elementami, które przyczyniły się do sytuacji, w której niektóre osoby automatycznie uznają ją za pierwszy produkt Vocaloida lub  pomijają wszystkie inne na rzecz niej. Nieprzychylny jest mi jednak wniosek, utrzymujący, iż Crypton podchodzi zbyt błaho do kwestii reklamowania swoich „dzieci” – Kaito, Kagamine Rin i Len czy nawet Megurine Luka nie mają się wiele gorzej od samej Miku, faktem jest za to, iż ta przebija się spośród nich najmocniej. Niewykonalne jest natomiast ostateczne osądzenie słuszności w stopniu zasięgu Hatsune Miku – niesłuszne jest infantylne generalizowanie wszystkiego, co się na jej postać składa za wykonane nieudolnie oraz bierność wobec jej możliwości brzmieniowych na rzecz subiektywnego wywodu o piskliwości jej głosu. Nie oznacza to też, że Miku jest pozbawiona wad, a już tym bardziej wykonanie jej pierwszej ilustracji promocyjnej. Również w przypadku UTAU kwestia oddzielenia wyglądu od rdzenia – głosu jest nagminnie gubiona i nie przekłada się to na tezę, że w każdej definicji powinien zostać zawarty paragraf „To, że to wygląda jak anime, nie oznacza, że nim jest”. Chodzi o zaprowadzenie ogólnego ładu, w którym człowiek, jako laik ma realną możliwość zrozumienia tego, z czym się spotyka – elitarne podejście do niejasnych dla tego laika zagadnień przez niektóre kręgi w społeczności wcale nie ułatwia sytuacji, wręcz ją komplikuje. Powiedzmy sobie wprost; słowa „Vocaloid to płatny syntezator śpiewu wyprodukowany przez korporację Yamaha na początku XXI wieku. Program śpiewa głosami Vocaloidów produkowanych przez różne firmy(…)” są w istocie proste i dla mnie, i dla ciebie. Potem szybko okazuje się, że to, co jest banałem, tak naprawdę nim nie jest.

Niemniej jednak często nawet klarownie sformułowana definicja nie pozwala na spotkanie się ze zrozumieniem. Innym razem wina leży po stronie osobistej niechęci do zapoznania się ze szczegółami konkretnego tematu, a jeszcze częściej – źródłem problemu jest ukryty lęk, bo „oto zbliża się epoka sztuki cyfrowej, tworzonej przez maszyny, skazującej na rychłą śmierć prawdziwą muzykę, malarstwo i całą sztukę”. Podejście takie jest nieracjonalne – sztuka generatywna, omawiana w sprawie Vocaloidów między innymi przez Łukasza Michalika na stronie Gadżetomania nie jest i nigdy nie będzie zapoczątkowana w tym momencie, a już tym bardziej przez Vocaloidy. Swoje zaczątki mogła mieć już w czasach wynalezienia maszyny do szycia, a jej wymownym elementem jest również przytaczana przez Łukasza Michalika sztuka Ryszarda Winiarskiego, który nie tworzył, lecz generował abstrakcyjne obrazy za pomocą wpisywanych algorytmów. Także istotnym twórcą w sztuce generatywnej jest Brian Eno, który spopularyzował to pojęcie oraz francuska kompozytorka elektronicznych drone’ów Éliane Radigue. Dużym wątpliwościom natomiast poddaję hipotezę o prawdopodobnym wyparciu człowieka na rzecz istnienia maszyn – istota ludzka, jako dawca życia maszyny ma nad nią wciąż wyraźną przewagę, co nie oznacza też, że bywa bezbronny wobec jej siły. Ciężko jest mi natomiast zaakceptować przewijające się czasami usprawiedliwienia odnośnie do poważnych błędów merytorycznych w tekstach na temat fenomenu Vocaloida, w których mowa o „małym zainteresowaniu tematem” – z nasion wyrastają dorodne rośliny i mogą to być też chwasty, które uznajmy, że będą szkodzić jakiemuś ogrodowi. Po co chcesz zapuszczać chwasty? Niepoważne jest również potraktowanie całej problematyki japońskiego syntezatora w sposób maksymalnie zdystansowany i obojętny – wypowiadając się w dziedzinie chemii, nie myli się glikolu z gliceryną, a w fizyce nie myli się zasad dynamiki Newtona z zasadą zachowania energii, inaczej jest to oznaka braku jakiegokolwiek profesjonalizmu. Jeśli publicystyka i dziennikarstwo są dyscyplinami niewątpliwie wymagającymi tego profesjonalizmu, którego człowiek musi nauczyć się i na podstawie własnego toku rozumowania, i błędów, dlaczego pewne sfery są wyjątkowo traktowane jako nieistotne i niewarte wnikliwej analizy? Poznawanie jest piękne i nie trzeba być na nie niewrażliwym, a jednak kultywowanie tych samych błędów trwa po dziś dzień. W 2015 roku Hatsune Miku znów sprowadzana jest do „hologramu wykorzystującego syntezę śpiewu” na łamach polskiej sztuki słowa, a później we wrześniu 2016 analizą jej tematu zajmuje się Karolina Bednarz znana z bloga W krainie tajfunów, która pomimo dobrych chęci i kunsztu pisarskiego także popełnia błędy  w odniesieniu do sukcesu cybercelebrytki, niepotrzebnie unikając dłuższego wywodu na temat faktu, iż pomimo skutecznej reklamy w postaci wizerunku oddziałującego na całą popkulturę japońską, a także w pewnym stopniu globalną to dalej jest produkt, którego domeną jest głos. Nieodpowiednie jest spłycać wszystkie relacje zawarte w tekstach o Vocaloidach do poziomu całkowitego braku profesjonalizmu i sztucznego napędzania machiny egzotycznego luksusu, co zdarza się w fali agresji wylewanej przez fanów, bo w istocie te artykuły – gorsze lub lepsze, mają swoje dobre strony, ale z drugiej strony ostrzeżenie nigdy nie jest łagodne. Jest jasne. Hasło „Obłęd!”, mające automatycznie przyciągnąć czytelnika ani trochę nie wpływa na bolesną rzeczywistość, w której wiedza o fenomenie Vocaloida w Polsce dalej zatrzymana jest na futurystycznych przesłankach rodem z post-PRL-owskich powieści science-fiction. Wręcz przeciwnie, jest jeszcze gorzej. Nawet nie dlatego, że ostentacyjne i usilne trywializowanie genezy i definicji jest złe, ale też ze względu na to, że istnieje tendencja do przesadnego wyolbrzymiania kwestii samego wyglądu najczęściej omawianej Hatsune Miku. Kiedy czytam w artykule Tomasza Domańskiego z serwisu Chip.pl fragment „Ma niebieskie oczy – zbyt duże i zbyt niebieskie, aby były prawdziwe. Nikomu zresztą nie zależy na realizmie. Długie, turkusowe włosy spięte w dwa kucyki i mundurek szkolny dopełniają wizerunek hologramu.” odczuwam niesmak, bo nienaturalność aparycji Miku nie jest zaczątkiem nierealności w sztuce w ogóle. Sama sztuka także dokładnej realności nie przedstawia poza hiperrealizmem, a nierealistyczny wizerunek cybercelebrytki działa na tej samej zasadzie, co raczej niezbyt prawdziwe ukazanie postaci Muminków.

img_MIKU_us

Pora na postawienie pytania: Czy polski fenomen Vocaloida upadł? Z pewnością nie, bo jego stan pomimo niedbałego podejścia działaczy mediów publicznych nie jest wcale tak krytyczny, jak już dziś powinien być. Nie należy za to wykluczać niepokoju o jego sytuację, a raczej starać się o należytą mu uwagę nie pod względem snucia subiektywnych fraz o surrealności postaci i bliskiej śmierci prawdziwych wokalistów, ale uznawania go za taką samą formę sztuki, jaką jest fotografia, kino, teatr, muzyka, malarstwo czy grafika, nie jest bowiem jasno określone, co sztuką może być, a co nie i osobiste stanowisko w tej sprawie wciąż jest wyłącznie osobistym stanowiskiem. Sztuką może być tworzenie, ale nie wiemy czego – być może jest to każda forma tworzenia, a być może tylko określone dyscypliny tworzenia. Vocaloid potrafił pokazać swoją siłę już niejeden raz i dalej nie może uzyskać statusu narzędzia „słabego”, patrząc na to, jak potrafiła się rozszerzyć jego grupa odbiorców i entuzjastów, a składa się to na jego realne prawo do należytego mu, jego twórcom, współtwórcom, fanom i użytkownikom uznania niekoniecznie w postaci przesadnego rozczulania się nad jego istotą i zajmowania się każdym jego szczegółem, ale podejściem pozbawionym zbędnej trywializacji.

ngadeg

kreatura wodewilowa

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google+