Zjawy dzisiaj i wczoraj

Nie trzeba być Komnatą – aby w nas straszyło

Lub nawiedzonym Domem

Nie ma wnętrz straszniejszych niż Mózgu

Korytarze kryjome

– Emily Dickinson

„Ja” podwojone – koegzystujące z „ja istniejącym” („ja) i „ja nieistniejącym” („nie-ja”) jest „ja” nawiedzonym, a to nawiedzenie jest czymś więcej, niż nieproszonym przyjściem – jest przenikaniem do krwi, ingerencją z koszmarów poprzez działanie obcej zjawy, która nigdy dotąd nam się nie przedstawiła, ale zaczniemy wchłaniać ją żywcem, dopóki „ja własne” przestanie być jednoznacznie osobiste – koliduje się z „nie-ja”, zaciera istnienie prawdziwej tożsamości, która w końcu przestaje istnieć; miesza się, wylewa, wlewa, wylewa. „Być sobą” przepoczwarza się w „nie być sobą”, a kokon, do którego zostajemy wciągnięci, zamyka się na długie lata. Staje się domem, który wcale nie jest domem, ale domem-aktorem, kryjówką dla wspomnień nieosiągalnych i już dawno zapomnianych. To, co nieżywe, nie potrafi pozostać przy trupiej formie, ale tym samym żyje i nie żyje, po czym wkrada się, zamieszkuje w umyśle i pozostaje na długi czas pod łatą kompletnej enigmy, bliżej nieokreślonego i określonego bytu. W tym momencie należałoby postawić pytajnik nad istnieniem tożsamości ogólnie, która, choć mogłaby ewidentnie istnieć, to niekiedy zaciera się aż do zdarcia skóry. Prostym i klarownym argumentem byłoby trwanie w pewnej postaci przez cały żywot, która nie ulega konkretnej zmianie przez lata, ale wykorzystajmy argument motyla – gąsienica po przeobrażeniu się nie jest już tym, czym była w sensie fizycznym – z domu-aktora wychodzi sama siebie nie poznając, jej „ja” to nie „ja”, to konfrontacja „ja” z „nie-ja”. To samo fizycznie mogłoby dziać się po śmierci, która wcale nie musi być śmiercią, ale nieuniknionym elementem przemiany, metamorfozy, której istnienie skutku ubocznego zaciera się gdzieś między obecnością (Existenz) a nieobecnością (Nicht-Existenz). Zjawy, motyl, nie-tożsamość. Kto ma niewątpliwie dużo z tym wspólnego? Marz Mitzi, Ghostie, teraz Ghost. Kobieta poruszająca się po świecie Vocaloidowskim jak gość-duch z internetowymi memami w sakiewce.

Działalność ducha-Boo należałoby chronologicznie podzielić na trzy części: Ghostie, Marz Mitzi i Ghost. Każda jest nierówna poprzedniej tak, jak etap nawiedzania przez zjawy, a to Vocaloidowskie nawiedzenie nastąpiło po raz pierwszy 5 czerwca 2013 roku. Wtedy to na kanale Ghostie ukazało się Dysphoric Reverie z OLIVER-em na pierwszym planie i później pojawiające się, pozostałe 13 utworów, których istnienie zatrzymało się w czasie, wypadło z orbit, 6 września  2014 roku, a sama autorka przejęła (nie)ciało ducha na zadziwiająco krótki czas, by później wyjść z kokonu, pod postacią Marz Mitzi i znów dzielić się swoimi pracami od 24 września 2014 roku słynąc z takich utworów, jak Chaos Theory czy TODAY a  koniec końców kontynuować tworzenie sinusoidy własnej działalności poprzez kolejne oddalenie się za widmową kotarę w lutym 2015 roku, powrót i późniejsze  przybranie tożsamości ad litteram ducha – Ghost. Nie w moich ani niczyich rękach leży przewidywanie kolejnego widmowego urlopu, toteż nie zajmiemy się tu żadnymi dygresjami dotyczącymi zniknięć, ale kluczem – duchem i sztuką.

Sztuka postaci o staturze Ghost jest, choć na pierwszy rzut oka wcale się taka nie wydaje, bardzo ekscentryczna, występująca z oniryczną heterogenicznością, mieszającą barokowy pop z ciężkim synth popem, a nawet elementami charakterystycznymi dla widmontologii i całego artystycznego nurtu hauntology. Można by było zaryzykować nawet tezą, że głównymi atrybutami Ghost są zakurzone aparaty telefoniczne, dyskietki z wizualnie zabawną pojemnością 1,5 megabajta, radia, kołnierzyki i przede wszystkim – to, co występuje u niej nieustannie – brzmienia syntezatorów spod znaku zarówno zielonej estetyki disco polo, jak i terroryzującego pomruku w kompletnych ciemnościach, w nocy. Jest to nie tylko słyszalne, ale też widoczne, Duch bowiem każdą swoją piosenkę dopełnia własnymi pracami wizualnymi, od pojedynczych grafik aż do samodzielnie montowanych filmów. W kwestii widmowości, Ghost jako obywatelka Stanów Zjednoczonych przemyca charakterystyczną dla hauntology z tego kraju jaskrawą stylistykę, okraszoną mniej lub bardziej nawiedzającym obrazem z VHS-u, która daje się we znaki szczególnie w przypadku COLORBARS, w którym tracking wcale nie jest funkcją jedynie ograniczającą się do magnetowidów, czy HOUSEWIFE RADIO podszytego domową melancholią z udziałem modernistycznego lęku. Ghost od początku przywołuje mniej lub bardziej okrutne elementy dzieciństwa, które dopiero w oparach całkowitej, wnikliwej świadomości, zdają się sygnalizować coś, co mogło stanowić zagrożenie dla indywidualnego umysłu, zaburzenie bezpieczeństwa nie tylko własnego, ale całej rodziny, a nawet cywilizacji. Nihilizm i żałoba, strach i terror, wszystko w formach pluszaków. Zbyt straszne jednak byłoby nazwanie Ghost kimś, kto wciąga w wir koszmarów wyjętych jak gdyby z wykopanych artefaktów pamięci, przedstawianych wiarygodnie bądź i nie w masowo obiegających sieć Creepypastach i raczej takim mianem nie można jej określić. Znacznie bliżej jest jej do archeologa wspomnień dziś groteskowych, a nawet złowieszczych, a ukazywanie ich nie jest równoznaczne z propagowaniem, prędzej osadzeniem postaci w retrospekcji dla utopijnej, wyśnionej rzeczywistości, w której istota bierze udział niekoniecznie jako promotor działań, ale ofiara surrealistycznych kreatur z innego świata, tych spod znaku „czegoś gorszego niż-„.

Ghost przemyca elementy grozy z baśni, które to dziś są coraz bliżej całkowitego wymarcia, niesprawiedliwego końca na rzecz jak najbardziej obdartych z realnych zagrożeń opowieści, które częściowo doprowadzać będą do stanu, w którym świadomość o istnieniu jakiegokolwiek zagrożenia będzie zamykać wieko trumny. Ten hauntologiczny element nie jest jedynym znamiennym dla Ghost – buja się ona bowiem na dwóch fotelach: zarówno artefaktu, jak i futuryzmu i ten specyficzny, futurologiczny smak dający niekiedy złudzenie ducha japońskiego, jest szczególnie słyszalny w takich pracach, jak TODAY czy When I Fell. Choć stylistycznie reprezentuje zupełnie inną planetę, to jak najbardziej słuszne byłoby porównanie jej swoistego rytuału powtarzania fraz i akordów do Philipa Glassa a jej przeciwstawnego, chaotycznego minimalizmu do takich kolektywów jak rodzimy Księżyc. Widma, choć wydają się (nie)istnieć w formie sztywnej mumii, nie stają się nimi całkowicie bez elementu pozornie nieadekwatnego do sytuacji humoru, który działa zarówno podkreślając ciemność, jak i ją rozświetlając, toteż przewijający się fenomen memów internetowych i tu znamiennego „Bub beep” obecny jest nie jako przystanek odejmujący wyrazu specyficznego dla Ghost, ale wręcz uzupełniający. Przeplatające się motywy kontrastującej hauntologie na tle postępowej futurologii ani trochę nie są nieprawidłowym, ani anormalnym zestawieniem, jest to kluczowe połączenie dla istnienia tego, co odczuwalne w tempie włączenia światła bądź wyczuwalne dopiero po większej wnikliwości. Najprawdopodobniej właśnie ta fuzja czasoprzestrzenna stanowi jedno z najważniejszych znamion Ghost, które wołają do odbiorcy od momentu wejścia do jej świata, a nie opuszczają jeszcze długi, długi czas po wyjściu z niego. Albo nawet – w nieskończoność?

ngadeg

kreatura wodewilowa

Podobne wpisy:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google+