Wiatr i latarnie, HANASU i cynia

Japońskie domostwa mają nietypową aurę. Nie da się jej dokładnie zmieścić w słowach, bo jest wyczuwalna tylko w podświadomości, która nigdy nie chce mi dać do zrozumienia, z czego ten duch się składa. Mogę powiedzieć, że z lekkości, dziwacznej subtelności spowitej nawiedzającymi potworami, z oceanu, zimnych podłóg i świetlików, a nie jest możliwe zintegrowanie tych wszystkich elementów w jedno słowo. Taki pogląd przyszło mi mieć, dopóki życie nie pokazało mi kogoś, czyja twórczość łączy ze sobą wszystkie moje skojarzenia dotyczące japońskich domów. To jest inaphon.

Inaphon najczęściej doceniana jest nie tylko przez wzgląd na stylistykę wyjętą jak gdyby z Grobowca świetlików, ale także dzięki rozwiniętym umiejętnościom technicznym w programie UTAU; jest jednym z tych użytkowników, którzy udowodnili, jak ludzka przy swojej nieludzkości potrafi być Defoko. Podróżuje w świecie cyfrowej nieczułości i arkadii CMD, by wyciągnąć z całego komputerowego mechanizmu jak najwięcej, pozornie nieistniejącej naturalności i wrażliwości. Aber das ist nicht alles, bo inaphon jest twórcza w sposób orkiestralny i darzy świat artystyczny nie tylko muzyką, specyficznym zastosowaniem UTAU i liryką tekstów, ale również ilustracjami, montażem oraz grafikami MMD. Z tym wszystkim ukazała się w społeczności w pierwszej erze UTAU, bowiem w 2009 roku, wraz z wybrzmiewającym jak liliowe requiem Sekihi i między innymi tym utworem zebrała rzeszę fanów, ale z całej jej dyskografii niemożliwe jest wyłowienie jednego, czy nawet kilku najlepszych dzieł. Każde z nich opatrzone jest fiołkowym, lirycznym pięknem, w którym cyfrowość miesza się ze scenerią nieskażonej ludzką ręką natury. Podkreśla to w szczególności „Kaze ga fuite, kumo ga hare te”, w którym znaleźć można oniryczne motywy pianina, wizję miasta wyjętego z Le fabuleux destin d’Amélie Poulain, ciężko i tym samym lekko stąpającego ducha melancholii i klaustrofobiczną rzeczywistość, otulającą człowieka aż do zduszenia. Zduszenia emocji, prawdy, wartości, platońskich ideałów, jasnej niewinności i świadomości. Temat słońca i wiatru wielokrotnie przeplata się w tworach inaphon, które zdają się być dwoma podstawami graniastosłupa jej lirycznego światku. Enigmatyczna atmosfera krążąca wokół inaphon, o której wiemy mniej, niż nam się wydaje, przypomina swoiste połączenie niepokoju i dziecięcej beztroski, występujące w bliżej mi niezidentyfikowanym motywie muzycznym, słyszalnym często w kolejkowaniu połączeń telefonicznych; tym, okraszonym żałobnie brzmiącym, piskliwym syntezatorem na froncie, z towarzyszącym mu leniwym padem. Co więcej – tego widma inaphon nie traci nawet w bardziej popowych produkcjach, co daje niezwykle nietypowy, wsysający w otchłań efekt.

Mimo że z rąk inaphon nie wypłynął żaden solowy album, jej twórczość nie jest nie do nabycia. Znajduje swoje miejsce na takich komplikacjach, jak 0401 – The Best Days of Kasane Teto, EXIT TUNES PRESENTS UTAUSEKAI, Graduation from Lie, Tricolored oraz Hajimete no Uta (ハジメテノウタ), gdzie jej utwory egzystują w towarzystwie twórczości nwp8861, nakano4, inktrans czy mia子. Oprócz tego wywarła ona znaczący wpływ na tworzenie syntezy mowy w UTAU poprzez utworzenie programu HANASU i animowanego instruktażu dotyczącego coraz to popularniejszego wykorzystywania syntezy śpiewu do tworzenia syntezy mowy. Wszystko w pozornie nowoczesnej stylistyce przesyconej dawnymi wzorcami, tu można by było nawet zaryzykować porównanie jej dzieł obracających się wokół tematu HANASU do kwitnącego vaporwave’u, a w końcu do japońskich reklam z lat 80-tych, wokół których przybywa coraz więcej legend wprowadzających nas do Doliny Niesamowitości. W ten stan dodatkowo wprowadza nas czuwający we wspomnianym już instruktażu o HANASU zegar, który dopełnia całość obrazu do momentu, kiedy mylimy internetowe widmo telewizyjne UTAU講座 UTAUで話す? HANASU入門~  , w którym roboty same instruują nas, jak wydobyć z nich mowę z umarłymi-nieumarłymi już, dawnymi kadrami  z takich stacji jak ABC. Można by było zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie twory inaphon to swego rodzaju nieświadome odtworzenie wiecznie obecnych w naszej podświadomości wspomnieniach z dziecięcych lat, ale nawet to nie wystarcza. Duch japońskich, homebaked dzieł miesza się z nieskażoną i skażoną naturą, japońską telewizją z lat 90-tych i wszechobecną futurologią do tego stopnia, by nie wiedzieć nic, a mimo wszystko pokochać jej działalność. To jest inaphon.

Inaphon, o ile nie nawiązuje do startych pamiątek arkadii dzieciństwa w oczywisty sposób, zdaje się melancholijnym wydźwiękiem przybliżać nas do czasów, które moglibyśmy uznać za wstydliwe i mniej wygodne od przelewającej się w garnku teraźniejszości, które tak naprawdę nie zawsze muszą być dla nas koszmarami. Nie podchodzi to pod oczywisty sentymentalizm, ale pod znajdowanie piękna w tym, co dziś pod grubą warstwą kurzu jest mniej piękne, mniej wielkie niż kiedyś. Artystyczna działalność inaphon jest jak album rodzinny.

ngadeg

kreatura wodewilowa

Podobne wpisy:

1 odpowiedź

  1. Anonim pisze:

    I to niby ma być muzyka?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Google+